Moje książki
pisane z sercem...

Recenzja książki „Góra Przemienienia”

Męskie pojęcie miłości

Życie jest prawdziwym, cudownym darem od Boga, ale też i wyzwaniem, któremu codziennie musimy stawiać czoła. Wolna wola jaką człowiek jest obdarzony stanowi jego wybawienie i akt łaski, ale też przekleństwo i pokusę. Jak w tym świecie pełnym sprzecznych informacji, gwałtownych emocji odnaleźć szczęście nie zatracając przy tym prawdziwego „ja”?

Na rynku niewiele jest dobrych książek, które umacniałyby nas w poczuciu właściwych wyborów. Coelho, mimo mądrości zaczyna trącić komercją, Anthony de Mello zarzuca się natomiast zbytnie przeintelektualizowanie tekstu. Dla wierzących jest oczywiście Biblia i nauki Kościoła, ale co mają zrobić ateiści? Gdzie szukać pomocy, skoro nie wierzą oni nawet w prawdę? Krzysztof Kozłowski swoją „Górą Przemienienia” z pewnością nie stanowi lekarstwa na wszystkie bolączki tego świata, ale zdecydowanie jest krokiem ku samoświadomości.

Po raz pierwszy trzymam w dłoniach książkę, w której autor – mężczyzna, odsłonił tak bardzo swoją duszę. Destrukcyjna, depresyjna postać Tomasza stworzona przez Kozłowskiego zmusza także nas, czytelników do zerknięcia w głąb siebie. Wyniki takiej wiwisekcji mogą być zatrważające – niejednokrotnie, nawet wbrew własnej woli, nosimy w naszych komórkach zgniliznę tego świata.

Tomasz nienawidzi wszystkiego i wszystkich z własną osobą na czele. Krótkie „Nie kocham Cię”, kilka słów pozostawionych na pożegnanie przez żonę zburzyło jego świat tkany z koronki oczekiwań. Niepewność co do własnej wartości, zagubienie obrócił w wieczny żal i pretensje do ludzi oraz do Boga. Bez pracy, bez kobiety, bez tożsamości ociera się o granice śmierci i absurdu. Dopiero bezmiar cierpienia niewinnych dzieci stanowi bodziec do wyrwania się z tego katatonicznego stanu.
Tomasz pogrążony w smutku i własnym świecie melancholii oraz łez zapomniał, że ma jeszcze przyjaciół i że oni mimo jego zachowania go kochają. To Piotr, lekarz medycyny oddany bez reszty pracy, zdecydował się na zafundowanie Tomkowi terapii wstrząsowej – wizyta w szpitalu gdzie pracuje wystarczyła, by nasz depresyjny bohater ocknął się z tego egoistycznego i tchórzliwego zamknięcia przed bodźcami świata zewnętrznego.

I tak bełkoczący i chwiejący się na nogach Tomasz zamiast zapijać w barze kolejne smutki zaczyna dostrzegać kolory i marzyć o własnej Górze Przemienienia. Na swojej drodze spotyka inną zranioną duszę Elżbietę, która prowadzi go do Boga. Mimo roli jaką w „Górze Przemienienia” odgrywa wiara nie mamy wrażenia indoktrynacji i wymuszonego nawracania. Książka jest raczej poszukiwaniem własnej drogi i zbiorem uniwersalnych, ale jakże często zapomnianych prawd o życiu.

Tomasz uczy się bycia razem z drugą osobą poprzez miłość do samego siebie. Pozbycie się ochronnego pancerza, otwarcie się na znaki i okazje jest bowiem kluczem do największego uczucia. Tylko kierując się czystym sercem, nieskażonym nienawiścią, agresją czy pychą można obrać właściwa drogę. To wewnętrzny głos wskazuje kierunek, nam pozostaje jedynie wsłuchać się w niego.

Wolna wola pozostawia nam wybór – możemy sięgnąć po opowieść Krzysztofa Kozłowskiego bądź nie. Lojalnie jednak uprzedzam, jeżeli otworzycie „Górę Przemienienia” to książka was urzeknie i wciągnie na tyle, ze przebudzenie (przemienienie?) nastąpi dopiero z jej ostatnią kartą. Wsłuchaj się zatem w wewnętrzny głos czytelniku i… decyduj.

Redakcji portalu www.granice.pl