Moje książki
pisane z sercem...

Nocne rozmyślania

Przypominam, że wszystkie poniższe teksty objęte są ochroną praw autorskich. Kopiowanie ich i wykorzystywanie w jakiejkolwiek formie za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich - czyli moim.


Dziś odlatują żurawie. Ich żałosny klangor roznosi się dotykając chmur i łapiąc ostatnie ciepłe tchnienia słońca. Zsuwa się po jasnych smugach na ziemię, wsiąka w glebę, by przezimować wyrywając się czasem spod śniegu wspomnieniem lata. Klucz za kluczem, w regularnych odstępach. Krzyk za krzykiem, jakby te ptaki chciały oznajmić światu, iż nadszedł koniec czegoś, by początek mógł się stać. To jest właśnie przemijanie, nie czasu a rzeczywistości. Ileż takich „odlotów” zaznaliśmy w życiu, niespodziewanych odejść, zatracenia, wysuwania się kochanej dłoni z uścisku, ostatnich spojrzeń w brązowe oczy, może niebieskie, może zielone?…  Czujesz wtedy ową niewygodę w sobie, nie możesz ułożyć duszy, jakby dopasować jej do kształtu swojego ciała. Nieprzespana noc, pogięta poduszka, zmarszczone prześcieradło i rozrzucone po pokoju kapcie. Czujesz wówczas przemijanie… O przemijaniu będzie moja nowa książka. „Przemijanie” - taki jest jej tytuł.

 

Kolejny fragment nowej książki "Przemijanie":

Szedł, a niebo cedziło przez sita nuty dżdżu, co cicho grają na parasolach, karoseriach, płytach chodników i asfalcie ulic. I we wszechobecnej mokrości ujrzał paletę barw, jakby krople nasiąkały to czerwienią, to niebieskością. Na chodniku stał tłum. Ciche szepty unosiły się i opadały. Otarł się o kilka osób. Chciał przejść obojętnie, ale na chodniku ujrzał znajomy but, czarny pantofel ze srebrną kwadratową klamrą. Skąd go znam? – zapytał sam siebie. Podszedł. Pochylił się, jakby chcąc spojrzeć martwemu butowi w czarne oczy. Zbladł. To but Sylwii, zrodziła się w nim pewność, taka trzęsąca ciałem, niby strach, ale nie przed życiem; od środka to ujrzał. Przeciskał się przez tłum. Rozpychał łokciami. Sylwia leżała na ulicy. Z głowy wypływała strużka czerwieni, mieszała się z płynącą wodą, rozcieńczała, nikła w rozwartych ustach kratki kanalizacji deszczowej. Na wpół otwarte wargi lekko poruszały się, jakby chciały coś powiedzieć, może krzyknąć, a może spowiadała się Bogu. Podszedł. Ukląkł przy niej. Pocałował w policzek. I ona jeszcze na chwilę odsłoniła oczy, jakby na chwilę zakwitły niezapominajki. Lekko usta zadrżały. Uśmiechnęła się. – W końcu przyszedłeś… – Rwane ciche słowa uniosły się i szybko opadły. – Czekałam. – I zwiędła. A wokół stał tłum. Wszyscy coś szeptali. Krople grały. Rozdartą reklamówkę powoli unosiła deszczówka, wprost do kratki. Jabłka zdołały zastygnąć wtulając się w wysoki krawężnik. Chleb spijał wodę. Ktoś zdeptał jedną bułkę. Z rozbitego opakowania wypływała śmietana, mieszała się z wodą, płynęła wraz z krwią do kanalizacji. A jej oczy patrzyły na niego, takie dziwne, szklane; nic od środka, tylko jego odbicie wymalowane na zewnątrz. Krople wypełniły je wodą, zbierały się w oczodołach, spływały niczym gubione w biegu łzy.

Proszę tych, którzy jeszcze nie polubili mojej strony, o klikanie na wysuwającej się - z prawej strony - zakładce Facebooka "lubię to". Dajcie szansę dobrej literaturze :)


Poniżej fragment nowej książki - "Przemijanie". Proszę tych, którzy jeszcze nie polubili mojej strony, o klikanie na wysuwającej się - z prawej strony - zakładce Facebooka "lubię to". Dajcie szansę dobrej literaturze :)


Błąkam się po ulicach miasta, dziś nad nim jestem i widzę kręte drogi innych, zmierzających moją drogą. Zaglądam do sklepów, knajp, siadam na ławkach i wpatruję się w przechodzących i w te dziewczyny. Nie, nie z pożądaniem, nie. Wpatruję się z tęsknotą, jakbym w każdej z nich poszukiwał miłości, tej miłości, którą mnie opuściła, zanim w ogóle nadeszła. Patrzę na ich nogi, biodra, na włosy i twarze spowite myślami. Przyglądam się wnikliwie, nie, nie z pożądaniem, i szukam twarzy mojej miłości, która kiedyś mnie zostawiła, będąc jeszcze nadchodzącą. Dzisiaj to odczułem, jakby ze zdwojoną siłą, jakby ze zrozumieniem sytuacji. Poszukuję miłości, miłości, która nadchodząc mnie zostawiła. Nie wiem, czy to jest odczucie, kiedy jako niemowlę tuliłem się do piersi matki, czy może pierwszy dotyk ust Boga, czy ciebie szukam, ciebie. Chodzę. Wpatruję się w twarze kobiet. Nie, nie z pożądaniem, z tęsknotą za twarzą miłości. Kiedy budzę się rano i czuję, że mi w sobie niewygodnie, że coś mnie umiera, że Coś mnie spowija, jakby wchłania, nie, to źle powiedziane, jak to powiedzieć, po prostu czuję się sam w sobie niewygodnie, wtedy wiem, że to jest ten dzień, kiedy ponownie wsiądę do autobusu, będę patrzeć. Wysiądę nieopodal starówki. Tak, lubię, kiedy jest lato. Wtedy przyjemniej się poszukuje. Usiądę gdzieś, w parku, na rogu uliczki, może w ogródku jednej z restauracji, usiądę, kupię kawę i będę pić ją przez trzy godziny. Wspomnienia. Będę się wpatrywać w przechodzące kobiety. O, ta ma twarz mojej matki, twarz później szkłem ozdobiona, krwawa, ta jest niczym dziewczyna z czerwonym parasolem, ta dziewczyna ze wsi. Przechodzą, przemijają. I kiedy opadną emocje na dno pustej filiżanki, wtedy za każdym razem rozumiem, że jednak żadna z tych twarzy nie ma twarzy mojej upragnionej miłości.
Sam nie wiem. Nie wiem, jak to się stało. Czy ktoś o tym wie? O mojej tęsknocie, co jawi się otchłanią, zaprasza do odejścia, jak miłość niezasmakowana. Nie. Nie wie nikt. Nikt nie zna istoty, co drzemie we mnie, która się rozpycha i wtedy jest mi niewygodnie. Czegoś szukam. Czegóż szukasz?, pytam, siedząc i biorąc kolejny łyk kawy. Jakiś śmiech. Gdzieś z prawej. Wiatr. Trzepocze krawędzią markizy. Spalone myśli leżą brudząc popielniczkę. Zdaje się, że tak już będę tkwić w sobie, w tej niewygodzie, będę żyć z tęsknotą do końca dni. Módlmy się.
O przechodzące sandały, spódniczki zbyt krótkie, obcisłe spodnie, bluzkę białą, blond włosy, czasem przelotne spojrzenie – daruj mi Panie.


Jego kuźnia stała na obrzeżach wsi. Smukłe brzozy już dawno zrzuciły letni strój, a czarne maźnięcia kory kontrastowały z bielą śniegu. A może raczej ten śnieg był kontrastem, który zamalował czerń jesienią zaoranego pola, kiedy za pługiem kroczyły stada wron, wpatrywały się w świeże skiby, błyszczące równie jesiennym deszczem jak i mgłą, która unosiła się nad ziemią. Usiadł za stołem. Chleb posmarował smalcem. Żuł. Wpatrywał się w okno. Ciężką dłoń położył obok talerza. Czy myślał o czymś? Dziwny dzień, szary bielą, i to uczucie smutku, które zrodziło się podczas snu, ponowne, niczym uderzenie młota, wydarzenia jedno po drugim, rodząca żona i jej śmierć, i wiotkie ciało zatrzymanego w połowie drogi dziecka. Śni o tym od dłuższego czasu, a ów sen jest jakby wspomnieniem tego dnia, gdy jego twarde ciało skruszało w obliczu ich śmierci. Na ścianie wisi zapomniana Matka Boża. Obok niej zapomniany krzyż. Bo o cóż teraz prosić Boga? Jego wykuta uderzeniami życia twarz nie zmieniła się, a mimo tego jakaś kropla spadła na smalec, posoliła go.

Wszedł do kuźni. Rozpalił ogień i chwycił za miech. Dziś nikt nie przyjechał podkuć konia. A przecież tylko praca pozwalała mu zapomnieć, kiedy chwytał w dłoń młot, i uderzał, raz po razie, a dźwięk uderzeń nie pozwalał zaistnieć żadnej myśl. Coś zrobię, wykuję, cokolwiek, muszę. A młot uderzał, coraz mocniej, w czerwień wspomnień, kształtował je, zmieniał, strzelał iskrami. I w końcu, kiedy pot zamiast łez kapał na podłogę, słowa mu się wyrywały z każdym uderzeniem głośniejsze, Boże, Boże, Boże, Boże, Boże… Tak brzmiała modlitwa kowala. Tej nocy spał spokojnie.

Proszę, jeśli Ci się ta historia podoba, kliknij po prawej (niebieska zakładka) „lubię to”. Dziękuję!


Do spisania tej historii przekonała mnie jedna z uczestniczek spotkania autorskiego w Braniewie. „Niech pan o tym napisze, podzieli się tym” – stwierdziła.


W mojej pierwszej książce umieściłem zdjęcia miejsc, w których działa się akcja powieści. Kiedy pisałem „Dwie drogi” pomyślałem, że i tym razem zrobię to samo. Główny bohater książki, Jan, był w seminarium w Dobrym Mieście. Na dziedzińcu otoczonym przez mury katedry i budynków seminarium stoi rzeźba św. Krzysztofa. Bohater, wspominając, mówi: „Spojrzałem przez okno na zacieniony dziedziniec. Na głowę świętego Krzysztofa padał deszcz; który to już dzień tak poci się, niosąc Chrystusa?”. Pomyślałem, że w książce powinno znaleźć się zdjęcie świętego. Przejeżdżając przez Dobre Miasto zatrzymałem się, wziąłem aparat i poszedłem na ów dziedziniec. Sam nie wiem, dlaczego to zrobiłem, bo pogoda była słoneczna, tylko nieliczne  chmury przesuwały się po rozleniwionym niebie. Zrobiłem kilka zdjęć i pomyślałem, że co Ci Panie Boże zależy. Mała chmurka, trochę deszczu, proszę. Przecież nie proszę o burzę, nie chcę powstrzymać wichury na środku jeziora. Mały deszcz, no kilka kropel, które można by uchwycić i utrwalić na zdjęciu. Nieco zrezygnowany, rzuciłem ku górze maleńki żal, a może i pewien warunek, że jeśli ta książka jest dobra, błogosławiona przez Ciebie, to powinieneś tę prośbę spełnić. Jeśli nie, trudno. Będzie to dla mnie znak, że „Dwie drogi” to jedynie dzieło mojego skąpanego w pysze rozumu. I wtedy… Nieco pociemniało. Po chwili z nieba spadły pierwsze krople deszczu. Wyciągnąłem ponownie aparat i robiłem zdjęcia. Po kilku sekundach musiałem już schować się pod daszkiem. Ulewa… I wtedy ujrzałem, jak ten mój kochany św. Krzysztof poci się, niosąc Chrystusa!!! Bóg mnie wysłuchał. Po trzech minutach deszcz ustał. Wyszło słońce.
Niestety, w powieści „Dwie drogi” nie ma zdjęć przedstawiających miejsca, w których znaleźli się bohaterowie. Ale to nie szkodzi. Pozostały po nich takie historie, które utwierdzają mnie, że nie jestem pisarzem, że – jak to powiedziała ta sama Pani, która poprosiła mnie o napisanie tej historii – jestem „piórem w ręku Boga”.

 

Proszę, jeśli Ci się ta historia podoba, kliknij po prawej (niebieska zakładka) „lubię to”. Dziękuję!

 


   Kiedy stoję przed lustrem i wpatruję się w siebie – nieogoloną twarz, oczy kiedyś bardziej niebieskie, brwi nieco już blade, ręce posłusznie spływające wzdłuż ciała, nogi, wytarte kolana, stopy z nazbyt dużym paluchem – zastanawiam się, co świadczy o tym, że jestem człowiekiem. Czy jest to owa widoczna całość zakończona z jednej strony stopami o pięciu palcach, zaś z drugiej plątaniną włosów? A może świadczy o tym coś innego, jakiś organ wewnętrzny, ponoć czujące serce, może raczej mózg, który kieruje tym widocznym bytem. Ale jeśli mózg, to jakoś dziwnie się czuję, bo on w 86 procentach jest wodą. To jakby patrząc na ocean, morze, no nie wiem, powiedzmy jezioro, albo nie, na wodę w szklance, widzieć tam 86 procent człowieczeństwa. Pić z każdym łykiem 86 procent człowieka… To nie może być jednak mózg. Więc może serce… Co świadczy o tym, że jestem człowiekiem? Kiedy tak myślę, dochodzę do wniosku, że o człowieczeństwie nie decyduje nasza fizyczność, a wrażliwość drzemiąca gdzieś w nas, sam nie wiem, czy to w sercu, w głowie, a może w kciuku, którego ssaliśmy, kiedy byliśmy dziećmi. W każdym razie, gdzieś w nas jest. Jedyna odpowiedź, która przychodzi mi do głowy, to myśl, że tym czymś, co jest gdzieś w nas, jest po prostu dusza. A jeśli ona istnieje, jest i niebo. A więc i Bóg. I jest to dziś dla mnie dobra nowina.

Proszę, jeśli Ci się ta historia podoba, kliknij po prawej (niebieska zakładka) „lubię to”. Dziękuję!


  Czy można samego siebie zaskoczyć wypowiedzianym przez siebie słowem, które ułoży się w zadnie? Dziś doświadczyłem tego, że można. Podczas spotkania z czytelnikami, kiedy myśli składały się w pewną całość – a mówiłem o pięknie rodzicielstwa i tym, iż dla dzieci powinniśmy zawsze mieć czas – powiedziałem: „Nie po to człowiek ma dzieci z miłości, by one potem z tęsknoty za miłością umierały". Bądźmy ze swoimi dziećmi, a nade wszystko wypełniajmy je naszą miłością, by nie stały się jedynie wydmuszką.

Proszę, jeśli Ci się ta historia podoba, kliknij po prawej (niebieska zakładka) „lubię to”. Dziękuję!


  Kolejny dzień niczym noc. Niskość chmur opuszczonych z nieba. Wydaje się, że swymi stopami sięgają dachów odległych chałup. Stoją na nich. Może czują ból, kiedy wieża kościoła wbija się w nie. Ciężkie poranki, kiedy głowa jeszcze pełna snów nie może oderwać się od poduszki, a jedynie wielki paluch wygląda spod pierzyny. Wokół mrok. Mimo słońca, które już na niebie – tylko nieba nie ma. Kolorów nie ma. Jest mgła. Niskość chmur i ciężar wstawania. W takie dnie budzą się smętne myśli, snują się po pokoju, zaglądają do kubka, na którego dnie leżą fusy czarnej herbaty. Muszę wstać. Zimna woda na twarzy. Zimny pomidor w ustach. Czerstwa pajda chleba. Dziś muszę wyjść, choć celu mego wyjścia nie ma. Tak myślę. Teraz. Ale idę polną drogą. Mam czas na rozmyślania. A myśleć muszę, bo zbliża się pierwszy piątek. Gdzieś już zapewne czaka na mnie Jezus w niewielkim drewnianym konfesjonale. Spogląda zza krat. Na cóż Ci to czekanie? Miesiąc nie był zły, bo ileż razy można zgrzeszyć, kiedy siedzi się jedynie w domu i pije czarną herbatę. Kiedy między murami jest tylko jedna osoba. Jedna kładzie się do łóżka i jedna wstaje. Jedna patrzy przez okno na rozciągające się po las zaorane pola. Chociaż… Ty lepiej wiesz. No powiedz, powiedz mi, ile zerwałem przez ten szary miesiąc owoców, które zjadł w raju Adam. Chichot, we mnie, gdzieś w prawej półkuli, że On teraz nie ma argumentów, że traci jedynie czas i niepotrzebnie marznie w kościele, niepotrzebnie znosi ciasność drewnianej budki. Słyszę, zatrzymaj się, spójrz nieco poniżej, bardziej w lewo, o tam. Widzisz? Tyle zjadłeś owoców z drzewa, które rośnie na środku twojego ogrodu… Wokół szarość. Tylko te jabłka takie żółte, kolorowe niczym popełniony przeze mnie grzech.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


  Napisałem książkę, kiedy byłem mały, ledwo co pióro mogłem utrzymać w dłoni, palce małe, takie wręcz paluszki, kruche jeszcze, dłonie niczym zwinięte liście brzozy. Kartka wydawała się wtedy duża, kratki nazbyt kwadratowe, cienką niebieską linią wydzielone pola lśniły bielą, choć dziś wydaje mi się, że to raczej szarość była. Pewnie to czas tak mnie myli, gra mym wnętrzem, które dzisiejszego wieczora coraz wyraźniej kapie wspomnieniem tamtej chwili, me myśli, dziś jakbym był tym dzieckiem. Biegłem wśród traw, które sięgały mych ramion – jakże one wysokie były, wystarczyło się lekko schylić i głowy nie widać, gdzie jesteś, krzyk siostry, a ja już żułem skradzioną ziemi kończynę. Jednooki rumianek zaglądał swą żółtą źrenicą w me niebieskie oczy, konik polny usiadł na mym nosie, pszczoła nuciła melodię. Pisałem o rosie, którą strącały z traw me stopy, o jabłku spadającym na głowę, majowym chrabąszczu zjadanym przez babcine koty i łące, która pachnie niczym figurka Matki Bożej zrobiona z pszczelego wosku. Pamiętam… Biorę ją w dłonie, dziś o palcach owiniętych pomarszczoną skórą. Wącham. Tak, pamiętam ten zapach łąk, łanów, pobliskiego lasu. W tej figurce zaklęty dziś jest mój mały świat. Czuję kwiaty, z których plotłem wianki. Rosa myjąca niegdyś me stopy też tam jest, i wiosenna mgła niczym duch, później wakacje, a kiedy kalendarz opadł kartką z oznaczeniem „31 sierpnia”, kładła się ona na odjeżdżający autobus już będąc wrześniową. Z biegiem lat wakacje odeszły, codzienność z roku na rok coraz bardziej szorstka, a ja wczoraj taki wiosenny jeszcze, dziś letni, czas mija, pierwszy liść opadł, szron na pierwszym włosie. A ja... Trzymam woskową Maryję Matkę i czuję miękkość kota, który mruczał tak dziwnie pod dłonią, czuję nutę mięty złamaną piołunem, widzę i te gwiazdy, mrugają chcąc powiedzieć, że to nie przeminie, że będzie jutro za tydzień, za rok, po ostatnią kartkę z książki mojego dzieciństwa. W dzieciństwie napisałem książkę, którą nauczyłem się na pamięć.

Proszę, jeśli Ci się ta historia podoba, kliknij po prawej (niebieska zakładka) „lubię to”. Dziękuję!