Moje książki
pisane z sercem...

Dobre Miasto, Centrum Kulturalno-Biblioteczne, 12.02.2014 r.

W dniu spotkania z czytelniami, od rana, staram się ułożyć choć jedno logiczne zdanie, które mógłbym powiedzieć przybyłym gościom. I co? Pustka. Cały dzień panuje w głowie pustka. Całe szczęście już się do tego przyzwyczaiłem i nie wpadam w panikę. Nawet już wiem, że to jest kolejny dowód na to, że to nie ja jestem ważny na tym spotkaniu, a ważne jest słowo, które wyraża myśl. Nie spotykam się, by robić przedstawienie i grać, ale by porozmawiać, zastanowić się i polubić – jak choćby z panią Dorotą, która dyrektoruje niedawno powstałemu tworowi, jakim jest Centrum Kulturalno-Biblioteczne w Dobrym Mieście. Jeszcze niedawno nie znaliśmy się, nawet nie wiedzieliśmy o swoim istnieniu. A dziś? Po rozmowach, kiedy nasze opowieści splotły się – słowa o codzienności, troskach, wspomnienia i radości – już wiem, że w każdej chwili mogę zajechać do biblioteki, wypić kawę, porozmawiać.

I tak się złożyło, że to dobromiejskie spotkanie było nie tylko o pewności, która gubi, o tym, czy wybierając kobietę trzeba wyrzec się Boga, ale też i o słowie, jego zagubionej wartości i tych dziwnych tchnieniach, co pozwalają pokochać ponad miarę, ponad góry, kiedy to kochanie dotyka Słońca i to Słońce grzeje się w blasku tej miłości.

Po spotkaniu miałem poczucie – własne, więc może i mylne – że było ono owocne, dobre w wypowiedzianych słowach, w pytaniach i odpowiedziach, w dyskusji, którą toczyli na temat zachowań bohaterów uczestnicy. Bo nie mam pragnienia, by ktoś rano po przebudzeniu pamiętał moją twarz, ale by w nim pozostała myśl z książki i ze spotkania, by ta myśl rodziła się słowem, które w sposób trafny będzie w stanie ją wyrazić. Bo to nie ja jestem w tym ważny. Ja jestem jedynie piórem w ręku Boga.

Dziękuję pracownikom dobromiejskiej biblioteki za troskę, kawę i ciastka, i paluszki – uczestnicy mogli czuć się jak prawdziwi goście. Uczestnikom za ponad dwugodzinne spotkanie, rozmowy, za każde pytanie, zwłaszcza te osobiste. Cieszę się, że mam aż tylu znajomych w tym mieście. Jak wielu? Przed spotkaniem potrzebny był kolejny wieszak na płaszcze i kurtki. – Dobrze, to znaczy, że dużo osób przyszło – stwierdziła pani Dorota, kiedy pracownicy przyszli po kolejny wieszak. A ja… poczułem, że się cały trzęsę.

Dobre Miasto 12.02.2014 r.